Ksiądz
Wspinając się z trudem po schodach odmierzał już kroki do swojego mieszkania. Czuł się zmęczony nie tylko dzisiejszym dniem, ale i ciągłą, ciężką pracą w ośrodku. Po chwili znalazł się na pierwszym piętrze. Korytarz był cichy, szary i niezmiernie pusty. Jak zwykle wypełniała go nieprzyjemna, dusząca woń zastałego powietrza. Ściągnął czapkę i przetarł zaparowane szkła okularów. Przechodził obok drzwi starej pani Barroso, przez które słychać było zbyt głośno włączony telewizor. Stanął w końcu przed mieszkaniem numer 7., rozpiął rzepowe zapięcie torby i zaczął szukać kluczy. W tej samej chwili ciszę panującą na korytarzu przerwał jakiś hałas. Ktoś wbiegał z dołu po schodach. Nierównomierne, szybkie kroki uderzały głośno w drewnianą konstrukcję stopni. Trzymał już w ręku klucze, ale zamiast otworzyć nimi drzwi i wejść do środka, odwrócił się lekko za siebie aby zobaczyć kto się zbliża. W jednej chwili na szczycie schodów pojawiły się dwie nieznajome sylwetki, które biegiem ruszyły w jego stronę. Ogarnęła go nagła fala gorąca i przedostającego się do świadomości strachu. Przerażony rzucił się do szybkiego otwarcia drzwi. Uderzył kluczami w zamek. Jego ręce opanowały dreszcze, a umysł rosnąca panika. Upuścił klucze, które z brzękiem uderzyły o deski podłogi. Stał przez kilka sekund sparaliżowany poczuciem bezsilności, potem otrzymał pierwszy cios z tyłu. Siła kopnięcia cisnęła nim na drzwi. Osunął się po nich jęcząc z bólu. Krew spływała strugą z jego nosa. Złapali go mocno, podnieśli z podłogi i odwrócili w swoją stronę. Zobaczył wtedy zamaskowane kominiarkami twarze i pełne sadystycznej żądzy oczy. Nie miał siły mówić. Jeden z napastników wygiął jego ręce do tyłu, prawie je łamiąc, drugi zaś wymierzył cios w brzuch i twarz. Puścili go. Upadł bezwładnie na podłogę krztusząc się i plując krwią. Wszystko działo się tak szybko, że nie był nawet w stanie myśleć. Leżał w bezruchu przez parę chwil. Wypełniało go tak przejmujące uczucie bólu, że nie był w stanie się ruszać. Leżał i wciąż czuł ich obecność. Zdawało się, że czas odmierzały jego ciężkie, długie oddechy. Zaraz potem jego ciało przeszył ogień bólu. Po kilku kopnięciach w klatkę piersiową nie mógł zaczerpnąć powietrza. Czuł jak nieuchronnie zagłębia się w nicość nieprzytomności. Odzyskał ją szybko nadal leżąc na podłodze z nosem tkwiącym w lepkiej kałuży krwi. Usłyszał jakiś dźwięk podobny do szmeru, a potem głos:
-Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Reyesa, nawet twój Bóg ci nie pomoże. Żaden białas nie będzie mu mówił co ma robić.
Odeszli równie szybko jak się zjawili. Zaraz potem znów stracił przytomność. Wyrwał go z niej ból twarzy promieniujący na całą głowę i dający uczucie jej miażdżenia. Gdyby miał siły, to z pewnością by krzyknął. Napiął mięśnie karku i z trudem oderwał twarz od mokrych od krwi desek. Starał się otworzyć zaklejone skrzepem oczy. Ujrzał zakrwawione drewno i blask oświetlonych, leżących nieopodal, kluczy. I, choć sprawiało mu to ogromny ból, wyciągnął w ich stronę rękę. Dobiegł do niego dźwięk drzwi otwieranych na końcu korytarza. Przestraszony zamarł w bezruchu. Uniósł lekko głowę aby zobaczyć cokolwiek. Postać, choć bliska, była bardzo niewyraźna. Stanowiła tylko lekko zarysowany kształt, którego jednak Marco nigdy nie widział, a przynajmniej tak mu się teraz zdawało. Usłyszał powolne kroki w swoją stronę, ale nie miał siły dalej się patrzeć. Leżąc na podłodze dostrzegł jedynie jego eleganckie, wykonane z kawowego koloru skóry, buty. Mężczyzna schylił się i podniósł klucze, po czym otworzył nimi mieszkanie i wciagnął Marco za ramiona do środka. Usłyszał jak podszedł jeszcze do telefonu i wybrał jakiś numer:
-Ofiara pobicia, ksiądz. Przyślijcie szybko pomoc, jest w kiepskim stanie... Alejandro Canizares... Calle del Almirante.
Głos był cichy i opanowany. Zwykłe słowa wypowiedziane zupełnie bez emocji. Wtedy Marco znów stracił przytomność.