Most

(powrót)

Patrząc na rzekę pod Puente de Estilo wracam myślą do czasu kiedy Madryt był piękny, konstrukcyjnie jednorodny, lecz z drugiej strony barwny i żywy. Zwykłem się wtedy samotnie przechadzać po Calle de Toledo by na przestrzeni długich, żmudnie mijających dekad oglądać ludzkie zmagania z nieuniknionym. Pośród wszystkich moich wspomnień dotyczących tego miejsca jedno zasługuje na szczególną uwagę ponieważ opisuje nie tyle historię co pewien obraz uczepiony hakami tego miejsca i mej pamięci.

Zdarzenie to miało miejsce w 1775 roku, gdy cieplejsza niż zwykle zima jeszcze nie musnęła parku nad Manzanares pozostawiając jesienną szatę drzew nietkniętą, a długie wieczory i jeszcze dłuższe ciepłe noce sprzyjały niekończącym się spacerom. Pamiętnego dnia wszystko zwolniło, otępiały siedziałem na jednej z ławek i dopiero po pewnej chwili zwróciłem uwagę na krzyki i huk wystrzałów na przeciwległym brzegu rzeki. Podkradłszy się dość blisko by widzieć twarze udało mi się rozpoznać bohaterów tej sceny - trzech mężczyzn, którzy stojąc na moście ostrzeliwali rozpaczliwie znacznie większy oddział straży miejskiej. W porywie dzikiej desperacji naładowali ostatni raz broń i wystrzelili, a ten moment utkwił we mnie jak żaden inny. Kiedy patrzę teraz na kaczeńce pływające po Manzanares przypominam sobie wykwitłe z muszkietów kwiaty dymu, błysk prochu i jego odblaski na wodach rzeki. Wielokrotnie kazałem uduchowionym artystycznie ludziom malować według mych wskazówek obrazy, lecz żadne z ich wytworów nie oddawało emocji tamtej chwili.

Zresztą nawet nie jestem do końca pewien czy to o czym piszę do Ciebie miało miejsce i nie jest fałszywym produktem tak długiego życia lub jedną z charakterystycznych złośliwości naszych umysłów. Nie wiem też czy, gdyby ta historia nabrała znamion realności byłaby przez to lepsza... czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie.